Muzyka

sobota, 23 listopada 2013

Rozdział III

    - No i wysłali ten list. - Opowiedziałam Jamie jak moja rodzinka zareagowała na wiadomość o moich planach. Oczy wyszły jej z orbit.
    - Nieźle ci to wyszło. - Zamyśliła się na chwilę. - Ale tobie chyba wcale aż tak nie zależy na Jade, co?
    - Nie, ale stwierdziłam, że taka wersja zostanie lepiej przyjęta - odpowiadam.
    - Wiesz, że kłamstwo też jest grzechem? - Unoszę brwi do góry. Dla wiernych chyba wszystko jest grzechem. - Chodzi mi o to, że to wcale nie jest takie dobre.
    Wzdycham.
    - Jamie, daj już spokój.
    - Babcia powiedziałaby ci to samo. - Moja przyjaciółka zakłada sobie kosmyk włosów za ucho, a ja kiwam głową. Faktycznie jej babcia, moja mentorka nie pochwaliłaby tego, co zrobiłam. - Wiem, że nie chcesz podporządkowywać się całkowicie pod ten chory system, ale czy ty chociaż wierzysz?
    Pytanie rudowłosej mnie szokuje. Nigdy się w sumie nad tym nie zastanawiałam, wiara zawsze była i tyle.
    - Szczerze mówiąc to nie wiem, a ty? - Spoglądam prosto w jej oczy.
    - Chyba tak - odpowiada po chwili zastanowienia. Dziwię się tym słowom, nie spodziewałam się wahania ze strony mojej przyjaciółki.
    - Chyba?
    - Myślę, że wierzę, ale nie oddam za to głowy. - Moja przyjaciółka łapie się za kark. - Moja wiara nie jest taka całkiem czysta, żeby zawierzyć we wszystko.
    Kiwam głową ze zrozumieniem.
    - A czyja jest? - pytam. Nagle czuję na swoich plecach jakieś dziwne ciarki i obracam się gwałtownie. Przed moimi oczami ukazuje się gładziutka twarz Amelii. - Nie dość, że widok twarzy takiego demona jak ty przyprawia mnie o mdłości, to widok jej z zaskoczenia zaraz sprawi, że zwymiotuję albo zemdleję ze strachu.
    - Po pierwsze sprawisz tylko, że poziom osób, do którego należy twoja... - Amelia przerywa na chwilę i przygląda się Jamie. - przyjaciółka będzie miał więcej do sprzątania, a po drugie bliżej mi do anioła niż demona.
    - Chyba upadłego. - Przewracam oczami. Dziewczyna zyskuje jednak coś w moich oczach za nazwanie Jamie moją przyjaciółką. Bałam się, że wymyśli jakieś przezwisko, które rudowłosa wzięłaby sobie do serca.
    - Radziłabym ci nie obrażać przyszłej Najwyższej Kapłanki. - Blondynka mówi jakimś dziwnie poważnym tonem. Aż mam wrażenie, że muszę jej usłuchać. - Zwłaszcza tej błogosławionej przez naszego Stwórcę - dodaje po chwili swoim naturalnym głosem i cały czar pryska. Przewracam oczami. Ciekawe, czy kiedyś przestanie być taka pyszna?
    - Wiesz co to hybris? - pyta Jamie. Pytanie jest skierowane do Amelii. Sama nie wiem co to jest i sądzę, że ona również.
    - Jaki tygris, co? - Krzywi się dziewczyna.
    - Uważaj, bo ci zmarszczki wyjdą - mówię. Demonica unosi jedną z brwi do góry.
    - Mojej idealnej cery nic nie jest wstanie zniszczyć. - Dziewczyna uśmiecha się od ucha do ucha.
    - Nie tygris tylko hybris - oznajmia spokojnie Jamie, nie zwracając uwagi na naszą kłótnie. - Słyszałyście może o zakazanej księdze?
    - Mitologii? - pytam, a moja przyjaciółka skina głową.
    Mitologia jest zakazana, ponieważ czytanie o wielobóstwie jest obrazą naszego Pana. Ja, jako dziecko łamiące wszelkie durne reguły, złamałam też ten zakaz. Nadal pamiętam jaki ból mi sprawiono na placu głównym za karę. Strażnicy po prostu uwielbiają bić dzieciaki pasem, zwłaszcza tak "nieusłuchane" jak ja.
    - Czytałaś ją? - pyta.
    - Fragment. O co chodzi z tym całym hybris?
    - Dokładnie streszczaj się, marnujesz mój cenny czas - mówi Amelia. Mam ochotę ją czymś walnąć.
    - Hybris w czasach, w których powstała mitologia oznaczało pychę, przekraczającą miarę, którą Bogowie wyznaczyli człowiekowi. Stanowiła więc wyzwanie wobec nich i ściągała karę na tego, kto ją popełniał - tłumaczy Jamie. Aż klaskam w ręce z zachwytu. Absyncja powinna zmienić nazwę na "Hybris".
    - Bluźnisz. Gadasz o wielobóstwie, a my mamy jednego prawdziwego Boga. - Szkolna gwiazda spogląda gniewnie na moją przyjaciółkę, a ja staję przed nią.
    - Chodzi o samo przesłanie. A tak w ogóle, w siedmiu grzechach głównych również została wymieniona pycha - odpowiadam. Mój groźny wzrok na chwilę peszy Amelie. - Właściwie po co do nas podeszłaś? I gdzie masz swoje pieski?
    - Chciałam cię osobiście zaprosić na ceremonię, którą dziś odprawiam. - Dziewczyna wyszczerzyła się jak głupia. - Będą wszyscy z poziomu Bogaczy. A moje owieczki zapraszają w tej chwili innych.
Owieczki, serio? Pastereczka od siedmiu boleści.
    - W takim razie będą wszyscy bogacze prócz mnie.
    - Zastanów się. Główną role odegra na niej twoja siostra. - Mrugam kilkukrotnie. W sumie sama dałam Amelii na to zgodę. Mam ochotę natychmiast odmówić, ale z drugiej strony chętnie obejrzę nauczkę jaką dziewczyna chce dać Jade. Poza tym muszę przecież pilnować, by nie zrobiła czegoś gorszego niż robią strażnicy, prawda?
    - Dobra, przyjdę.
    - Cudownie. Dzisiaj o dziewiętnastej przy wschodniej kaplicy. - Gwiazda obraca się na pięcie i rusza w stronę Jacka.

    Po szkole idę razem z Jamie do jej babci. Dawno nie widziałam tej osoby, którą określam mianem swojej mentorki. Cersei prowadzi wielką bibliotekę. Jamie jest więc bardzo oczytaną osobą. Nie spodziewałam się jednak, że jej babcia przetrzymuje zakazaną księgę.
    - Będą mi mówić, które książki mam zostawiać. - Cersei prycha na moje stwierdzenie. - Skarbie im i tak nie chciałoby się jej szukać w tej stercie książek.
    - Mówiłaś, że też czytałaś fragment - mówi Jamie.
    - Tak, w końcu mój wujek ma wiele zakazanych rzeczy ze swoich wyjazdów. On jednak ma pozwolenie na ich trzymanie czy czytanie w tym przypadku - odpowiadam.
    - Złapali cię? - pyta z troską Cersei i stawia mi przed nosem szklankę z herbatą.
    - Tak, wujek jak zawsze. Od razu zaprowadził mnie do strażników i urządzono sobie pokaz. Zresztą nie pierwszy raz. - Pociągam łyk ziołowego napoju. Babcia Jamie jakoś zawsze umiała sprawić, że wszystko jest smaczniejsze.
    - Nie martw się, nie ty jedna tam lądujesz. Z mojego poziomu pełno jest rozrabiaków, z twojego też się zdarzają durne wygłupy. Na przykład tego chłopaka Jade często widywałam na placu - oznajmia moja przyjaciółka. Po chwili otwiera szafkę z mnóstwem słoików z różnego rodzaju ziołami. - Majeranek i bazylia się skończyły, pójdę je kupić do zielarza.
    Uśmiecham się pod nosem, gdy Jamie wychodzi z koszykiem przez drzwi. Wiem czemu tak ochoczo chodzi do zielarza. Cameron wywodzi się z rodziny znachorów, więc musi uczyć się dużo o ziołach, a z tego co się orientuje zarówno on jak i zielarz nie narzekają na swoje towarzystwo.
    - Chcesz poćwiczyć Molly? - pyta Cersei, a ja kręcę głową.
    - Nie mam dziś na to siły - odpowiadam. Babcia Jamie kładzie mi rękę na ramieniu.
    - I tak już jesteś świetna. Ćwiczyć musisz, by nie stracić formy, ale nikt nie mówił, że cały czas.
    Posyłam jej ciepły uśmiech wdzięczności.


    Wieczorem muszę iść pod wschodnią kaplicę, a droga wcale nie jest taka krótka. Nie mogę się spóźnić, a robię to notorycznie, więc puszczam się biegiem. Koturny nie są najlepszymi butami do biegania, ale przynajmniej nie noszę szpilek, jak na przykład Amelia, czy jej pieski. W połowie drogi jestem zmachana, więc postanawiam iść resztę drogi piechotą, i tak nadrobiłam już dość dużo czasu.
    W pewnym momencie słyszę ciche pochlipywanie. Rozglądam się we wszystkich kierunkach i dostrzegam jakąś postać przy murze jednego z budynków. Podchodzę powoli do postaci i stwierdzam, że jest to męska sylwetka.
    - Nic ci nie jest? - pytam. Postać gwałtownie się obraca, a moim oczom ukazuje się twarz Jacka. - Ty płaczesz?
    Chłopak wyciąga chusteczkę z kieszeni i wyciera nią łzy.
    - A nie wolno? - odpowiada pytaniem na pytanie. - Ty pewnie nigdy tego nie robisz, co?
    - Co się stało? - Moglibyśmy grać w te idiotyczną grę, w której trzeba prowadzić rozmowę zadając same pytania.
    - Nie twoja sprawa. - Jego głos zaczyna być przepełniony jadem. Nie cierpię tego.
    - Co Amelia po raz drugi z tobą zerwała?
    - Już dawno z nią nie jestem. - Chłopak przewraca oczami.
    - Wiem. Nawet gdybym chciała, nie da się uciec od szczegółów waszego życia. - Powtarzam jego czynność. Przez chwilę mogę zobaczyć cień jego uśmiechu. - No więc ostatnia szansa. Powiesz mi co się stało?
    Chłopak wzdycha i zaczyna patrzeć w ziemię.
    - Sam nie wiem.
    - Nie jestem przecież plotkarą. - Unoszę ręce ku górze, a on parska śmiechem.
    - Fakt. No więc chciałbym zrobić to, co ty.
    - Czyli? - Unoszę brwi do góry, a chłopak podnosi głowę i patrzy mi prosto w oczy.
    - Zrezygnować. Nie chcę być papieżem, choć wszyscy myślą, że będę. Chciałbym być egzorcystą i powiedziałem to dziś rodzicom, ale nie są zbyt zachwyceni.
    Jestem przez chwilę zszokowana jego słowami. Każdy chłopak marzy o byciu papieżem, a on, ten pupil nauczycieli chce być egzorcystą? Muszę przyznać, zawód zdecydowanie ciekawszy.
    - Serio myślisz, że ludzi z Czyśćca dopadły demony? - pytam.
    Egzorcyści w dużej mierze przebywają właśnie w tym miejscu. Skoro ktoś sprzeciwia się Bogu, może być opętany. W gruncie rzeczy to oni decydują ostatecznie, czy dany kandydat jest godny opuścić to miasto. Mają oni jednak obowiązek milczenia, tak jak wypuszczeni i nie mogą mówić, co dzieje się za bramami Czyśćca.
    - Może to być prawdą. Chciałbym się też dowiedzieć, co się tam naprawdę dzieje - odpowiada. Kiwam głową ze zrozumieniem i spoglądam na zegarek.
    - Ceremonia zaraz się zacznie!
    - Aż tak cię ciekawi, co Amelia wymyśliła? - pyta z uśmiechem.
    - A ty wiesz?
    - Mam tę wątpliwą przyjemność. - Jego twarz wygląda już normalnie. Nie ma śladu po łzach.
    Chłopak chwyta mnie za nadgarstek i biegniemy w stronę wschodniej kaplicy. Ledwie dotrzymuje mu tempa, na szczęście nie jest ona daleko. Jak zawsze wejście do niej jest przyozdobione liliami. Ich zapach unosi się w powietrzu, mieszając się niestety z wonią drogich perfum dziewczyn z poziomu bogaczy. Jack czeka aż złapię oddech i razem wchodzimy do środka.

***
Hmm... Dziwny ten rozdział. I'm sorry. Może następny wyjdzie lepiej...
Wiem, że miałam najpierw dodać notkę o Maddy na FF Niezgodnej, postaram się, by niedługo się ukazała.

niedziela, 13 października 2013

Rozdział II

- Rusz się. - Liam biegnie przez korytarz, przy czym prawie mnie nadeptuje. Zatrzymuje się dopiero przy swoim przyjacielu, Cameronie, z którym rozpoczyna rozmowę.
Spoglądam na twarz Jamie, która patrzy rozmarzonym wzrokiem na blondyna.
- Podoba ci się Cameron? - pytam, a kąciki ust unoszą mi się w lekkim uśmiechu.
Otrząsa się natychmiast i wraca do świata realiów.
- Nie.
- On jest spoko, szkoda tylko, że koleguje się z takim idiotą - oznajmiam. Od dawna nie lubię się z Liamem. To chyba jedyna osoba z poza poziomu bogaczy, która mnie tak irytuje.
- Nie jest zły - mówi moja przyjaciółka. Gubię się.
- Mówisz o Cameronie czy Liamie? - Ten drugi zerka w moim kierunku z odrazą, mam ochotę coś mu zrobić.
- O obu. - Policzki Jamie stają się czerwone.
Potrząsam głową, bo chyba czegoś nie łapie.
- Ten denerwujący szatyn z twarzą jak tresowana małpka księdza George'a,  też ci się podoba? - Krzywię się na dźwięk własnych słów.
- Nie, chodziło mi o to, że nie jest aż taki zły za jakiego go bierzesz.
- Doprawdy? - Unoszę brwi do góry.
- Idź się utop w kałuży! - Jade skupia na sobie wzrok wszystkich na korytarzu. Nawet nie zauważyłam, że tu była. Najwidoczniej znowu zerwała ze swoim chłopakiem, Adamem albo Alanem, nie pamiętam jak miał na imię.
- Idź do domu i pomarz sobie, że zostaniesz Najwyższą Kapłanką - odparowuje chłopak. Moja siostra nie może odpowiedzieć mu tym samym, bo posadę Arcybiskupa ma już w kieszeni. Tylko dlatego, że jego straszy brat, Jack jest ulubieńcem nauczycieli.
- Startuje już na te role jakbyś chciał wiedzieć. - Jade robi minę naburmuszonego dziecka.
- Molly zrezygnowała? - pyta. Wszyscy z poziomu bogaczy kochają plotki, więc patrzą się teraz w moim kierunku. Zresztą niższy poziom też nie ma nic lepszego do roboty. Amelia szczerzy się jak głupia, ponieważ wyczaiła plotkę szybciej niż wszyscy inni.
- Nie mieszajcie mnie w wasze kłótnie - odpowiadam. Wszyscy momentalne przenoszą wzrok z powrotem na kłócącą się parkę. Robią to prawie równo, jakby byli zaprogramowani.
Liam jako jedyny patrzy wciąż na mnie. Skrzywienie w jego oczach jest prawie tak wielkie jak jego powykrzywiana twarz. Łapię jego wzrok i czekamy tak, aż któreś z nas się podda.
- Stwierdziła, że ja się do tego świetnie nadaję - słyszę głos swojej siostry. Odruchowo przewracam oczami, po czym widzę uśmiechniętą minę chłopaka. Najwidoczniej uznał, że w tym wypadku przegrałam. Przenoszę wzrok na Jade, do której podchodzi Amelia.
- Skarbie, ty i tak nie masz ze mną szans - mówi słodko. Ciekawe czy czarna wdowa też ma taki przepełniony miodem głos?
- Nawet nie wiesz na co mnie stać. - Młoda w ogóle nie przejmuje się tym, co mówi szkolna gwiazda. Jest na to zbyt pewna siebie, a to z jednej strony dobrze. Niedowartościowana Jamie na przykład w tym momencie by zamilkła i wzięła sobie jej słowa do serca.
- Ale wiem na co stać mnie. - Amelia kładzie sobie rękę na biodrze i unosi kąciki ust do góry.
- Na postawienie na baczność kilku żołnierzyków? - Moja siostra obrzuca wzrokiem dziewczynę od stóp do głów, a potem przejeżdża po minach kilku zawstydzonych chłopaków.
To był cios poniżej pasa, wszyscy wiedzą, że Amelia ceni sobie czystość.
Po kilku głębszych wdechach blondynka w końcu odzyskuje głos.
- Aż tak skupiasz na tym wzrok? Jeśli zamierzasz taka być jako Najwyższa Kapłanka to odpadasz w przedbiegach. - Przygryza dolną wargę i chyba walczy sama ze sobą czy dodać coś jeszcze.
- Gadasz jakbyś już miała tę rolę - mówi moja siostra, po czym obraca się na pięcie i rusza w przeciwną stronę.
Amelia również robi obrót, uderzają przy okazji swoimi włosami o twarz byłego Jade i rusza w moim kierunku.
- Opanuj siostrę - mówi, przechodząc obok mnie.
- A co ja? Niańka?
- Radzę ci dobrze, opanuj ją, bo postaram się, by dostała za swoje. - Dziewczyna patrzy prosto w moje oczy. Zaciskam pięści i nachylam usta do ucha szkolnej gwiazdki.
- Jesteś za miękka by zrobić jej takie rzeczy, których ja się boję. Jeśli zamierzasz urządzić jakąś durną ceremonię, na której przetrzepiesz jej tyłek proszę bardzo, ale jak przyjdzie do domu z jakimś dziwnym, wypalonym albo wyciętym znakiem, to naprawdę pożałujesz - szepczę. Widzę jak Amelia się cała spina, po chwili jednak chyba zanalizowała sobie dokładniej moje słowa, bo delikatnie się uśmiecha.

- Co różni ludzi od zwierząt? - pyta nauczycielka. Znów pojawia się to pytanie. Nienawidzę go.
Jack podnosi rękę do góry, a kobieta udziela mu głosu.
- My jako jedyni mamy duszę, wolną wolę, a także jako jedyni z istot żywych jesteśmy zdolni do miłości - odpowiada, a nauczycielka go chwali.
Nie zgadzam się z tym, co przekazuje Kościół. Taki pies może kochać człowieka bardziej niżeli ten dureń. Poza tym nie podoba mi się stwierdzenie o duszy, moim zdaniem zwierzęta ją mają.
- Co jeszcze wyróżnia mieszkańców Panaceum nad resztę świata?
Panaceum to nazwa naszego kraju, inna nazwa to Państwo Wybrane. Nazywamy się tak, ponieważ nasze przysłowie brzmi "To my jesteśmy lekiem na wszelkie zło". Nikt jednak nie wie, czy oprócz nas istnieje jakieś inne państwo. Przez bramy Panaceum nie da się przejść, ciągnie się wokół niego olbrzymie pole siłowe, które utworzył któryś z Papieży. Nikt nie wie, jak je stworzył. Przypuszcza się, że za pomocą cudu. Nikt nie wie także, jak je sforsować.
- Dzięki temu, że wierzymy jesteśmy wybrani. Chroni nas sam Pan - mówi Amelia.
To właśnie początek wejścia w grzech pychy. Babcia Jamie mówiła nam, że zaczęło się od wywyższania się nad zwierzętami, a potem stwierdzono, że skoro po trzeciej wojnie światowej, Bóg ocalił wierzących, to są oni lepsi od wszystkich innych. Moim zdaniem nie ma w tym logiki za grosz, bo skoro chcą się wywyższać to muszą mieć nad kim, a jeśli istniałoby życie poza Panaceum to znaczyłoby, że innych ludzi Bóg również ocalił.
- Świetnie moi drodzy - nauczycielka chwali swoich ulubieńców.
Wszyscy wiedzą, że ta dwójka to ulubieńcy nauczycieli. Wszyscy wiedzą, że kiedyś byli parą. Wszyscy wiedzą, że dostaną funkcje, do których wszyscy dążą. Wszystko, co zdarza się w poziomie bogaczy interesuje całą szkołę. Kelly zaczęła chodzić z Jonatanem, och co za sensacja. Brata Megan ubiczowali na placu za złamanie któregoś z przepisów, przecież to nie pozostanie bez echa. Molly zrezygnowała z wyścigu na Najwyższą Kapłankę, wszyscy już wiedzą. Jeśli natomiast dzieje się coś w poziomie biedy, praktycznie nikogo to nie interesuje. Co z tego, że matka Melisy umarła albo, że Jared ledwie przeżył operacje? Nikogo z wyższego poziomu to nie obchodzi, nikogo oprócz mnie.


Budzik dzwoni o piątej rano. Nie chce mi się wstawać, ale za bardzo nie mam wyboru. Poranna msza jest obowiązkowa dla wszystkich, a nie bardzo chce mi się znowu kłócić z moją rodziną. Przecieram oczy i zakładam na siebie białą tunikę oraz czarne legginsy. Po chwili przychodzi matka i bez słowa rozczesuje mi włosy, po czym splata je w kłosa. Jej oczy są dziś obrysowane czarną kreską, a usta pomalowane na czerwono. Przygląda mi się przez chwile, a następnie wychodzi. Zapewne idzie teraz do mojej siostry, co rano powtarza dokładnie to samo.
Udaję się do naszej kaplicy. Dziś rytuał odprawia mój kuzyn, który jest już do tego uprzywilejowany. W czerwonej szacie wygląda nieco dziwnie, ale przynajmniej nie przypomina transwestyty jak jego brat, gdy odprawiał ceremonię.
Wszyscy klęczymy i modlimy się przez dobre dziesięć minut, po czym mój kuzyn zabiera głos. Czyta fragment Ewangelii według św. Łukasza, a następnie mówi o swoich rozważaniach na ten temat. Walczę ze sobą by nie zacząć ziewać, taki gest uważany jest w trakcie mszy za niestosowny. Po chwili wszyscy ustawiamy się w kolejce, by przyjąć komunię świętą, a następnie wracamy do ławek i modlimy się indywidualnie. Po jakiś dziesięciu minutach mój kuzyn wstaje i żegna wszystkich słowami "Idźcie w pokoju Chrystusa i rozgłaszajcie swoją wiarę".
To rozgłaszajcie jest brane chyba za bardzo dosłownie przez wszystkich, ponieważ zamiast szerzyć przekonanie o Chrystusie, ludzie chwalą się jak to oni mocno wierzą. Każdy przed sobą, ja nie wiem komu jeszcze chcą ją wpajać, skoro jest obowiązkowa. Nie ma w tym żadnej logiki.
Wracam do pokoju i rozplatam włosy. Są długie, do połowy pleców. Tym razem układam je w koka i chwytam mój niebieski wachlarzyk. Każda dama, czyli osoba płci żeńskiej pochodząca z bogatej rodziny, ma swój. Wyglądamy dzięki temu wytworniej, a przy okazji jest przydatny do samoobrony. Każdy z wachlarzy jest specjalnie wykonany, tak by miał zaostrzone końce. Dzięki temu nie musimy nosić scyzoryków w torebce. Niektóre dziewczyny oprócz wachlarza noszą  przy sobie zawsze gaz pieprzowy, tak na wszelki wypadek. Moim zdaniem w Absyncji nie ma się za bardzo przed czym bronić. Wachlarz jednak przypadł mi do gustu.
Na śniadaniu wszystkie kobiety z mojej rodziny się wachlują. Oczywiście nie mogę zbytnio odstawać, więc robię to samo. Po chwili moja ciocia i jej syn niosą jedzenie na stół, dziś ich kolej. Wtedy wszystkie damy odkładają wachlarze na bok i zaczyna się wspólna modlitwa. Dziękujemy Bogu za posiłek i się za niego zabieramy. Biorę dwie bułki, smaruję je masłem i obkładam. Zjadam je w mgnieniu oka, więc nakładam sobie na talerz trochę jajecznicy. Po posiłku przecieram usta serwetką i wracam do wachlowania, na znak, że skończyłam. Mężczyźni z kolei demonstrują to złożeniem rąk, jak do modlitwy. Gdy wszyscy kończą, Jade zabiera głos i z nieukrywaną radością oznajmia:
- Startuję na miejsce Najwyższej Kapłanki.
Wszyscy od razu orientują się, co to znaczy i zamiast na nią, spoglądają na mnie.
- Molly, ty zakonnicą? - Mój kuzyn ledwo powstrzymuje śmiech.
- Raczej nie skorzystam - odpieram, czym go gubię. Dla świętego spokoju mogłam powiedzieć, że chcę iść do zakonu, ale i tak by się to kiedyś wydało.
- Jade, skarbie, dobrze wiesz, że nie możesz startować na to miejsce,  choćbyś nie wiem jak chciała, bo to przywilej Molly - mówi słodko mama, patrząc troskliwie na dziecko. Swoją drogą to dosyć dziwne, że Młoda wcześniej się nie pochwaliła, pewnie miała na głowie swojego byłego.
- Ale ONA zrezygnowała. - Podkreśliła dobitnie słowo "ona", jakbym nie miała już imienia.
- Jade, przecież powiedziała przed chwilą, że nie wybiera się do zakonu - odpowiedziała matka. Kolejna co pominęła moje imię.
- Obie macie rację. - Nie spoglądam na nikogo tylko wlepiam wzrok w falujący przede mną wachlarz.
- Molly, co ty wymyśliłaś? - Głos mojej matki jest przepełniony zdumieniem. Przynajmniej komuś przypomniało się jak się nazywam.
- Nie zamierzam iść ani do zakonu, ani zostać Najwyższą Kapłanką - mówię spokojnie i zerkam na rodzicielkę. Nawet stąd dostrzegam jak pulsuje jej żyłka na szyi.
- I jak ty to sobie wyobrażasz? - syczy matka przez zęby. Obrzucam wzrokiem resztę rodziny, wszyscy plotkują, zupełnie jak w szkole.
- Jeszcze nie wiem. - W tym momencie każdy wybucha śmiechem. Nie wiem czy myślą, że żartowałam, czy po prostu się nabijają.
- Molly, dziecinko, powiedz teraz na poważnie. - Głos matki stał się z powrotem słodki jak miód.
- Mówię na poważnie. Czemu nie mogę wykonać aktu dobroci i oddać siostrze miejsca, na którym zależy jej bardziej niż mi, a sama nie iść do zakonu? - Tak naprawdę nie zależy mi na wielkiej chęci Jade by być Kapłanką. Po prostu to lepiej przejdzie niż mowa o zostaniu, np. strażniczką.
- Takich oznak nie ma w przepisach - mówi zdziwiona ciocia. - Nie przewidziano, że ktoś będzie chciał oddać młodszej siostrze miejsce, po prostu dla niej.
- Nie przewidziano, że ktoś chce po prostu uszczęśliwić inną osobę? - Unoszę brwi do góry. Mieszkańcy Absyncji chyba zapominają o zwykłym dobrze. No ok, może nie zrobiłam tego dla Jade, ale przynajmniej wymyślając przepisy wzięłabym to pod uwagę.
- Ty chcesz mnie uszczęśliwić? - Jade z szeroko otwartymi oczami przypomina mi surykatkę.
- Wystosujemy specjalne pismo do Papieża z zapytaniem. - Postanawia matka, ignorując zdziwienie mojej siostry i wstaje od stołu.
- Może lepiej do Rady Arcybiskupów? Papież pochodzi teraz z Afekcji. - Słowa ciotki zatrzymują moją rodzicielkę na chwilę. Przewracam oczami.
- I bardzo dobrze! Skoro jest z Afekcji na pewno się zgodzi - mówię. Niektórzy siedzący przy stole spoglądają na mnie wilkiem.
- Młoda damo, czyżbyś stawiała Afekcję nad Absyncję? - pyta wujek. Jego wzrok zawsze mnie mroził. Postanowiłam nie odpowiadać na to pytanie, tylko powiedzieć inną część prawdy.
- Wiem, że w prawie Afekcji pozwalają na więcej - oznajmiam poważnie, uważając na to, by głos mi nie zadrżał.
Wujek skina głową na znak zgody. Matka natychmiast leci po kartkę i długopis. Pewnie wspólnie będą ubierać list w słowa. W końcu w tak ważnej sprawie każdy chce się wypowiedzieć.


Szczerze mówiąc, nie wiem czy podoba mi się ten rozdział.^^
Taka informacja: po boku w stronach, dodałam krótkie opowiadanko, pod tytułem "The Hunging Tree". Wiem, że trudno zauważyć taką rzecz. :)
PS. Jak tam szkoła? Ja już mam dość...

wtorek, 17 września 2013

Rozdział I

     Klęczę na jedno kolano przed ołtarzem w naszym domu. Kamienny stół koloru przybrudzonego śniegu jest dziś okryty białym obrusem. Stoi na nim ręcznie malowana misa zawierająca wodę święconą i kropidełko. Leży tam coś jeszcze, czego z tej pozycji nie jestem w stanie dostrzec, gdyż jest zbyt małe.
     Kobieta ubrana w długi, fioletowy płaszcz staje dokładnie po środku drogi ode mnie do ołtarza. Przyglądam się uważnie jej twarzy, która wyjątkowo nie jest pomalowana. Zazwyczaj jej oczy podkreślone są czarnymi kreskami, a wargi uwydatnione czerwoną szminką. Teraz tę buzię zdobi jedynie powaga i skupienie, z którymi moim zdaniem wygląda piękniej, niżeli z makijażem i pychą.
     Kobieta podnosi kropidło i zanurza jego końcówkę w wodzie. Po chwili wyjmuje je, a to co przyczepiło się do niego - strząsa na mnie. Kropelki wody uderzają o moją skórę, ubranie i włosy, roztrzaskując się na nich i znikają na zawsze. Po tej rutynowej czynności Kapłanka chwyta w swoje dłonie to, czego nie dałam rady zidentyfikować. W świetle świec, jedynego źródła światła w tym pomieszczeniu widzę, że to srebrny łańcuszek z medalikiem. Kobieta zakłada mi go na szyję, a następnie prostuję się przede mną.
     - Noś go z dumą - mówi, po czym wykonuje znak krzyża.
     - Będę. Dziękuję matko. - Patrzę prosto w jej niebieskie oczy, które odziedziczyłam. Nie spuszczam wzroku, czekam, aż ona pierwsza to uczyni, i dopiero wtedy mogę się przeżegnać i wyjść z pomieszczenia.
     Matka sama musi posprzątać po rytuale, ja nie mam do tego prawa, gdyż tak głoszą przepisy.
     Idąc korytarzem chwytam łańcuszek w dłonie, by go dokładniej obejrzeć. Na medaliku widnieje zarys twarzy Św. Zofii, a z drugiej strony wygrawerowane są imiona jej trzech córek: Wiary, Nadziei i Miłości, które przy okazji są trzema cnotami boskimi.
     Wiem dokładnie czemu dostałam taki prezent na swoje bierzmowanie. Te trzy córki oddały swoje życie w obronie wiary, a ściślej mówiąc matka oddała za to ich życia. W ten sposób moja rodzicielka przekazuje mi informacje, że ona dla wiary również poświęciłaby siebie i mnie, co nie bardzo mi się podoba.
     Zaciskam dłoń na medaliku i czuję jak odciska się na mojej skórze. Gdy rozluźniam uścisk i pozwalam by zawieszka wisiała spokojnie na łańcuszku, przyglądam się swojej ręce. Mam na niej teraz odciśnięte dość wyraźnie te trzy wyrazy, które zapewne staną się moją mantrą.
     Drzwi przede mną otwierają się. Przed moimi oczami znajduje się teraz napis "Pokój Jade".
     - Co dostałaś? - Moja młodsza siostra wychodzi z pomieszczenia. Od razu rzucają mi się w oczy piegi na jej policzkach, całe szczęście, że ja takich nie mam. Do jej twarzy jeszcze jako tako pasują, poza tym, gdy się opali prawie ich nie widać. Na mojej odcinałyby się jak bogacze od rolników.
     - Łańcuszek - odpowiadam. Jade spogląda na moją szyję. Po chwili wyciąga rękę w jej kierunku, by obejrzeć podarunek, ja jednak strącam jej dłoń z drogi.
     - Ja i tak dostanę lepszy, już za rok - mówi dziewczyna. Przewracam tylko oczami. Próbuję przejść dalej, ale siostra zastępuje mi drogę.
     - Czego jeszcze chcesz? - Krzyżuję ręce na piersi.
     - Miejsca - oznajmia Jade. Unoszę brwi do góry.
     Wiem dokładnie o czym mówi. Jako pierworodna urodzona w bogatej rodzinie mam za zadanie szkolić się na Najwyższą Kapłankę. Ze wszystkich dziewczyn na szkoleniu wybierane są trzy, które nimi zostają. Reszta staje się zwykłymi nauczycielkami przyszłych pokoleń.
     - Weź je sobie. Nie mam zamiaru być Kapłanką. - Próbuję przejść dalej, ale Młoda nadal nie chce mnie przepuścić. - Co jeszcze? - Wznoszę oczy ku górze.
     - Dlaczego nie chcesz? Uświadomiłaś sobie w końcu, że ja jestem idealnie do tego stworzona? - pyta, a ja aż parskam śmiechem.
     Kręcę głową w niedowierzaniu, ale czego ja się mogłam spodziewać? Wszyscy są tu przesiąknięci pychą, no prawie wszyscy. Młode pokolenie wyłamuje się trochę z tej zasady, ale jak widać nie Jade.
     Nie chcę mi się tłumaczyć Młodej dlaczego od tak oddaję jej miejsce, które jest niby największym przywilejem jaki płeć żeńska może uzyskać, więc po prostu jej przytakuję.
     - Tak, jesteś idealna. - Na dźwięk wypowiedzianych przeze mnie słów, moja siostra posyła mi promienny uśmiech. Wygląda teraz jak ta mała dziewczynka, z którą bawiłam się w dzieciństwie. Była wtedy wesoła, cieszyła się z każdego poranka. Kochałam ją całym sercem. Potem przyszedł okres wpojenia wiary i przy okazji pychy. Od tamtej pory się zmieniła, nie była już moją Jade.
     Młoda przesuwa się w stronę ściany, robiąc mi przejście. Przechodzę. Nawet na nią nie spoglądam.
     To zabawne, że mieszkańcy naszego miasta, stolicy kraju, w którym najważniejsza jest wiara, są tak nasyceni jednym z siedmiu grzechów głównych. Absyncja zamiast tytułu Miasta Wiary, powinna nosić tytuł Miasta Pychy. Nie mogę jednak mówić o tym głośno, bo za karę zapewne zesłanoby mnie do Czyśćca. Oczywiście nie tego prawdziwego. Czyściec to miasto-więzienie. Trafiają tam wszyscy ci, którzy łamią przepisy i sprzeciwiają się Bogu. Teoretycznie nikt po zesłaniu tam nigdy nie wraca, praktycznie zdarzają się wyjątki. Niestety oni też nigdy nie powiedzą ci, co tam naprawdę się dzieje. Mówią tylko tyle, że nikt nie chciałby tam mieszkać.

     Na przerwie, w szkole zawsze jest zamieszanie. Na korytarzu roi się od ludzi, którzy ze sobą rozmawiają, dlatego nigdy nie jest cicho. Mimo to jakoś daję radę swobodnie rozmawiać z Jamie, co zawsze było dla mnie zagadką. Zwłaszcza, że moja przyjaciółka ma naprawdę spokojny głos, który nie wybija się jakoś specjalnie ponad inne.
     - Ale chyba nikt nie dostał tego, co ty - mówi dziewczyna.
     Wzdycham. Faktycznie, wiele prezentów się powtarza. Jamie z okazji bierzmowania dostała pierścionek od babci, a podobnych widziałam już z pięć. Medaliku z takim przesłaniem jak moje nikt nie dostał. Zapewne z tego względu, że są one najdroższe z prezentów i tylko bogate rodziny sobie na nie pozwalają. Jest jednak tyle rodzajów, że rzadko zdarzają się powtórki.
     - Raczej nie, jednak przesłanie nie bardzo mi pasuje. - Jamie kiwa głową na znak, że rozumie o co mi chodzi.
     Jest bystra, umie zrozumieć ludzi. Dlatego to z nią się przyjaźnie. Wprawdzie jest więcej takich, co mnie rozumieją i mają dość wymysłów Absyncji. Głównie ludzi, tuż po bierzmowaniu. Rzadko się jednak zdarza, że ktokolwiek z mieszkańców miasta nie zanosi się pychą, a z poziomu bogaczy jestem chyba jedyną taką osobą. Inni ludzie w moim wieku są tacy jak Jade, a czasem jeszcze gorsi.
     - Jak mogłaś, Kelly! Musisz to zwrócić, tylko ja mam prawo nosić wizerunek Matki Teresy! - słyszę z głębi korytarza. Ten intrygujący sopran, który chwilowo zdziera się ze strun głosowych należy do Amelii.  Ta blondynka jest idealnym przykładem wzorowego obywatela stolicy. Należy do poziomu bogaczy i jest chyba najbardziej pyszną osobą w całej szkole.
    - Ty jesteś wybrana przez Matkę Teresę, ale... ale ja jestem jedną z twoich pomocnic. Też jestem wybrana, może na mniejszą rolę, ale również, a ten medalik pokazuje, że przynależę do ciebie - tłumaczy się Kelly. Miała ciekawy pomysł jak wybrnąć z tej dziwnej sytuacji. Może i zyskała trochę w moich oczach, ale i tak nie wystarczająco, bym mówiła o niej z szacunkiem. Szkoda, że stoi do mnie tyłem, bardzo chciałabym widzieć teraz jej minę. Zamiast tego mam przed oczami wkurzoną twarz Amelii, zmieniającą wyraz na zadowolony. Jej błękitne oczy zaczynają skakać po ludziach w tłumie, zupełnie jakby kogoś szukała. Po chwili krzyżuje wzrok z moim i rusza w moją stronę. Kelly i Megan, jej wierne przyjaciółki, choć ja nazwałabym je raczej wiernymi pieskami, podążają za nią.
     - Molly! - woła radosno dziewczyna, gdy tylko staje przede mną.
     - Słucham, czego chcesz tym razem? - pytam prosto z mostu. Ten wytwór zgrozy zawsze przychodzi do mnie tylko, gdy czegoś potrzebuje.
     - Chciałabym ci tylko powiedzieć, że startowanie na miejsce Najwyższej Kapłanki jest w twoim wypadku bezcelowe. Oczywiście miałabyś szanse, i to całkiem spore szczerze mówiąc, gdyby nie to, że ja i moje dwie przyjaciółki mamy znacznie większe, a jak dobrze wiesz są tylko trzy miejsca. - Amelia przerzuca swoje włosy z jednego ramienia na drugie. Wszyscy chłopcy siedzący na długiej ławce i gapiący się w tym momencie na nas, wytrzeszczają oczy jeszcze bardziej. Nie ma im się co dziwić, dziewczyna jest naprawdę ładna.
     Zanim daję radę się odezwać, Jamie zadaje pytanie:
     - Czemu aż tak boisz się Molly?
     - Ja się jej nie boję. Nawet czuję, że mam jakiś charyzmat, wiem, że Matka Teresa coś dla mnie szykuje, a ty Molly? Też sądzisz, że aż tak cię wyróżniono. Tak jak mnie? - Blondynka unosi brew do góry.
     Najchętniej zaśmiałabym się jej teraz w twarz.
     - Nie, nie sądzę. Poza tym ja nie chcę z tobą rywalizować, oddałam swoje miejsce Jade, to z nią będziesz się musiała zmierzyć - oznajmiam.
     - Jade? Słyszałaś Megan, już nie musisz się martwić o swoje miejsce. Molly może i była jakimś zagrożeniem, ale z Jade masz stuprocentową pewność zostania Kapłanką - naśmiewa się Amelia. Szczerze mówiąc dziwię się jej słowom, moim zdaniem jeśli chodzi o nas dwie, to Jade miałaby większe szanse na to rzekome wyróżnienie.
     W pewnym momencie kpina na twarzy mojej rozmówczyni zmienia się w podejrzenie.
     - Zaraz, zaraz. Czemu nie chcesz być Kapłanką? Chcesz iść do zakonu? - wylatuje z pytaniem. Teraz chce mi się śmiać jeszcze bardziej, mimo, że tego pytania mogłam się spodziewać. Jedyny sposób, by zrezygnować ze święceń Kapłańskich to pójście do zakonu. Jednak na to miałam jeszcze mniejszą ochotę, niż na zostanie Kapłanką. Jako ta druga mogłabym chociaż założyć rodzinę, z kolei jako Zakonnica mogłabym o tym tylko pomarzyć.
     - Nie ma mowy. - Kręcę głową. Blondynka dziwi się na te słowa.
     - Więc jak chcesz oddać swoje miejsce? - pyta, na co wzruszam ramionami.
     Amelia robi minę świadczącą o tym, że nic nie rozumie. Zresztą jej dwa pieski to samo. Po chwili chyba wszystkie trzy zdają sobie sprawę, że nic więcej się nie dowiedzą, więc ruszają korytarzem, by podręczyć kogoś innego.
     - Co ty kombinujesz? Wiesz, że za łamanie zasad są surowe kary - mówi Jamie. Całkiem zapomniałam, że ona również przysłuchiwała się moim słowom.
     - Po prostu nie mam ochoty poświęcać całego swojego życia kościołowi - odpowiadam.
     - A myślisz, że ja chcę całe życie przesiedzieć w bibliotece z książkami jak moja babcia? Nie chcę, ale takie są przepisy.
     Zasady Absyncji są takie, że każdy przedłuża tradycję rodzinną i pracuje tam gdzie jego rodzice, chyba, że postanowi wstąpić do zakonu. Jako, że rodzice mojej rudowłosej przyjaciółki zginęli dawno temu, i pieczę nad nią sprawuje babcia, musi ona podążyć jej karierą zawodową.
     - Witamy w Absyncji, mieście gdzie liczy się Wiara i człowiek nie ma wyboru jak chce żyć. - Przewracam oczami. - W najgorszym wypadku przeprowadzę się do Afekcji - oznajmiam.
     Afekcja jest drugim miastem w naszym kraju, Miastem Miłości. Oprócz niej, stolicy i Czyśćca jest jeszcze pięć wiosek: Alfa, Beta, Gamma, Delta i Omega. W pierwszych czterech tworzona jest żywność, kolejno: zboże, mięso, warzywa i owoce. W ostatniej natomiast ludzie szyją ubrania, przetwarzają metale i strugają meble z drewna. Omega jest największa ze wszystkich i jako jedyna przypada pod prawo Afekcji, a nie nasze. W Mieście Miłości można sobie wybrać wykonywany zawód, nie ma podziału na poziomy, dlatego moim zdaniem jest tam lepiej.
     - Żartujesz? Nikt od dawna się nie przeprowadzał, w lesie jest ponoć niebezpiecznie. - Przerażenie w oczach Jamie to kolejna rzecz, która mnie dziś bawi.
     - Powiedziałam w najgorszym wypadku.
     Między miastami i wsiami ciągnie się długi las. Nikt przez niego nie chodzi, jeżdżą jedynie samochody towarowe. Jedyne osoby, które podróżują tą drogą to handlarze, strażnicy, więźniowie skazani na Czyściec i czasami Papież.
     Papież to osoba rządząca całym państwem. Mimo, że stolicą jest Absyncja, to w tym okresie pochodzi on z Afekcji, gdyż muszą się oni przeplatać. Oprócz niego władzę sprawuje także rada Biskupów, znajdująca się zarówno w Absyncji, jak i w Afekcji. To właśnie nimi zostają chłopcy z poziomu bogaczy.
     - Ty się naprawdę wpakujesz kiedyś w kłopoty - oznajmia moja przyjaciółka.
     Uśmiecham się do niej. Wiem, że ma rację.
     - Taka już po prostu jestem.